| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
CZYTUJĘ, ZAGLĄDAM DO
INNE TAKIE TAM...
SE POSZLI
czwartek, 28 października 2004

Pada i pada. Beznadziejnie. Gdyby lało... Ale pada. Mozolnie i przygnębiająco. Jakby wczuwając się w przedzaduszkowy nastrój.

Zza oknem nie wyglada już tak

Czasem czytam zaległości prasowe jednym ciągiem. 4 numery Rzeczpospolitej np. Wskutek ww procesu hurtowo-poznawczego zrobiłam wczoraj odkrycie na swój temat. Bardzo rozbawiające w kontekście życia. Domniemuję, iż to może być powodem wszystkich omyłek...

„Dłoń profesora”- póki bezpłatna - znajdziecie jeszcze tu

 

 

Jest w nas opór przed kategorycznością czynów,  choć słowa ostateczne przechodzą przez gardło

 dziwnie łatwo. Te wszystkie - „nigdy więcej, mam dosyć” .

Opór podszyty obawą, że jeśli się zmieni, to już się o tym nie przekonamy. Opór oparty o złudzenia,

wynikający z bezsilności - takie TRWANIE na placówce.

A placówka wysunięta bardzo. Taka wyspa, bezludna bardziej. Bezduszna... Powoli umierają

wspomnienia, ginie nadzieja, ale w zdrętwiałej rozpaczy nie można wykonać żadnego kroku.

Zamykanie drzwi przestaje być prostą czynnością. To proces.

Choć trzasnąć drzwiami... proszę bardzo.

A tam, za drzwiami - inny świat.

Chłonąc chłód klamki zamieramy w bezruchu

środa, 27 października 2004

„no jasne, aluzju poniał. Stale ta niepewność. Poglądów. A skąd Ci się wzięło że ja mam pewność? Poglądów.

Co o mnie wiesz? To, co sobie wyobrazisz w kontekście siebie. Sorry, ale tak jest. Wiem, co dla mnie ważne, wiem czego bym nie zrobiła, czego nie akceptuję. Ale tez dbam o siebie – jakoś dbam. Poruszyłeś temat alkoholu i kolegów - może to mnie ruszyło? Że tak w sumie jeszcze nie do końca wiesz, dokąd prowadzi ścieżka picia "w celu"? bo może nie przemykałeś się rano, by szybko kupić flaszkę? Bo może nie musiałeś day after stawiać czoła zawalonym przez siebie sytuacjom? nie płakałeś z bezsilności?

Użalasz się zupełnie niepotrzebnie. Gnój, w którym się przez chwilę znalazłeś odstraszył hieny. To dobry test na ludzi. Tłumaczę Ci, że to wreszcie Twój czas. TWÓJ. Co z nim zrobisz? Jeśli się skupisz na sensie - znajdziesz swoją drogę, życie w rytmie zgodnym ze swoimi poglądami. Ludzi.

To nieprawda, że nie masz korzeni.

Szukasz dziury w całym, celebrujesz rany. Zastanawiałeś się, kto Ci je zostawił? Wiem, nie znam całokształtu. Patrzę na Ciebie Twoimi oczami - na innych też. Szlachetne kobiety, świetni faceci i Ty... niegodny. Horror.

Każde z nas ma sobie coś do wyrzucenia- nie wiem: złe wybory?, nie takich ludzi?, przegapione sytuacje?. Ale to daje wiedzę. O sobie też. Wiedzę i doświadczenie. Doświadczenie ma dawać pewność, a nie wątpliwości. Bo skoro nie polezie w gówna,

bo się tam źle czuje - to jest to: wiedza i doświadczenie.”

W ramach odrabiania zaległości byłam wczoraj na „Złym wychowaniu” Almodovara - wcześniej jakoś nie mogłam zsynchronizować nieodpartej ochoty zobaczenia tego filmu z godzinami seansów w kinach.

Już się  nie dziwię, że kościół próbował nie dopuścić do pokazywania tego filmu u nas, gdyż te najprostsze skojarzenia są jednoznaczne.

Do mnie przemówił kontekst szerszy, niekoniecznie kościelny, że ślady pozostawione na duszach i ciałach pozostają na zawsze, kiełkuje na nich rozpacz, zło... Z premedytacją nie czytałam żadnych recenzji, żeby sobie nie śmiecić przed. Rano zaś doczytałam Holly-opowieści o molestowaniu, co spięło oba wątki zaskakująca klamrą.

PS. Kolejna świetna rola Gaela Garcii Bernala, więc choćby z tego powodu iść trzeba

 

wtorek, 26 października 2004

„pamiętliwość” ma dla mnie dwa oblicza. Jedno – szarobure, nie pozwalające zapomnieć o sprawach, które dla własnego dobra powinno się usunąć z pamięci. Bo jeśli nie można - powinno się usunąć z własnego życia ludzi, którzy to  ziarno złej pamięci w nas zasiali.

Drugie zaś uśmiechnięte - ono rozjaśnia ciemne kąty w życiu innych.  To pamięć o różnych drobiazgach dla nich ważnych, pamięć, wypływająca ze słuchania. Bardzo staram się słuchać, choć życie wewnętrzne mam nadrozwinięte i często zasłuchuję się w sobie. Słucham i wyławiam - z satysfakcją. Pamiętam. Zapadają we mnie różne „zamówienia”, „zamarzenia”- czasem absurdalnie wypierając jakieś moje własne zapotrzebowania. Książki, płyty, dyrdymały właściwie, ale ważne dla kogoś –tu i teraz.

Odległość: im więcej detali - tym bliżej, im bliżej tym niebezpieczniej. Konfrontacyjnie. Już nie da się zachować chłodnego status quo. Trzeba zmierzyć się z codziennością. Zapłacić rachunki... Spojrzeć w oczy. Dotknąć... Poczuć... Uświadomić sobie, że to nie ciepło. No trudno.

Z daleka wszystko jest piękne, owite mgiełką niedopowiedzenia, niedotkliwie sterylne, nierzeczywiste. Ale bezpieczne.

Złudnie bezpieczne, co wszyscy dryfujący wiedzą najlepiej. Ci, którzy coraz bardziej omijają nabrzmiewające niewypowiedzianymi pretensjami przestrzenie, unikają drastycznych rozwiązań, odsuwają ważne rozmowy, na „wszelki wypadek” nie zadają pytań - na ogół wiedzą już, że katastrofa jest nieunikniona.  Bo, że się przewróci - to już wiadomo. Ale żeby jeszcze nie teraz...

poniedziałek, 25 października 2004

Ech, ładnie na zewnętrzu, nie ma co. Żeby jeszcze mniej mżyście było w weekend... To czas kiedy dużym łukiem omijam samochód. Zrobiłam długi spacer po plaży – mglistej i melancholijnej.

Wzdłuż brzegu buki w całej palecie brązów. Leniwe przedpołudnie, szarlotka, aromatyczna herbata w barku z widokiem na morze. Z dala od pośpiechu, z dala od codzienności.

Rozmawiałam właśnie ze świeżym żonkosiem - starszym sympatycznym panem, o którym pisałam wcześniej. Dodam, że żona tak na oko ze 20 –parę lat młodsza. Grzecznościowo zagadnięty o nowe życie, wybuchnął pretensjami do świata. Kobiety są wygodne, praktyczne, wcale nie garną się do życia domowego, nastawione konsumpcyjnie na spijanie śmietany uciekają od formalnych związków. Owszem chętnie, ale nie zbyt blisko i bez specjalnych zobowiązań. Poszukiwania prowadził metodycznie i sumiennie, informując panie o swoich planach czasem już na początku znajomości, co często je kończyło - po prostu.

A mnie się wydaje, że w ogóle coraz mniej mamy ochoty na branie odpowiedzialności za cokolwiek, bo coraz trudniej w życiu brać odpowiedzialność za samych siebie.

To kobietom biologicznie uwarunkowanym macierzyństwem takie pojęcie w praktyce jest bliższe. Nam trudno być nieodpowiedzialnymi, choć czasem by się chciało. Owszem, czasem się poleci w chmury, poszybuje z szarości w słońce, zachwyci kolorami świata... Równie często jednak - zamiast zająć się czymś konstruktywnym - z maniackim uporem naprawiamy nienaprawialne, dmuchamy w ognisko, którego nie ma...

piątek, 22 października 2004

Ból fantomowy po czymś, czego nie ma. Bo czy może być po czymś, co mogłoby być?

Jednocześnie uprzejmie donoszę, iż „listy” są wyimkiem z historii znajomości, która znajduje się już w nieco innym, co nie znaczy jaśniejszym J miejscu.

Ech, zazdroszczę Wam, Stoliczanie Jazz Jamboree....

Na pocieszenie coś sobie kupię. Po kobiecemu jest to : prezencik, bo inni mają dobrze, wiec dlaczego nam ma być gorzej?

Adekwatnego coś to będzie, bo muzycznego. Tyle się o nowym Cohenie naczytałam, że jednak-pomimo „nabędę w drodze zakupu” (jak mawia zaprzyjaźniony VIP) „Dear Heather” . Trochę się boję, że pożegnalny klimat płyty zmiksowany z jesiennymi nastrojami nie poprawi oglądu rzeczywistości. Ale trudno. Pies trącał. Niech stracę. 

Cohena poznałam dzięki Zembatemu, zaprzyjaźniłam wskutek spędzania wieczorów w towarzystwie innego fana - obecnie lekarza i radiowca, który ścigał się wtedy z Zembatym o to, kto lepiej te teksty przetłumaczy. Zembaty robi to lepiej. Nadal.

Gdyby się komuś jednak zechciało bardziej rodzimie pobyć w takich klimatach, to przy okazji polecam nie nową już płytę : Słowa

 

"No to wypełniam mailboxa, proszę bardzo. Jasne, mam kłopot- jakby nie do końca jestem w stanie wniknąć w meandry Twoich emocji - albo rozumiem je po swojemu ( a to przecież nie Twoje myślenie...) - albo nie tak.

Prawda jest jednak taka, że długo i skwapliwie zacierałeś wszystkie ślady, zostawiajac mi na deser ogromy smutków z przeszlości. Takich żalow nieskonsumowanych do końca. A te żałoby mają swój czas, nie mogą żyć swoim życiem i panować nad Twoim. Wiem, że - rozgrzebawszy temat - masz świetną okazję do martyrologii, ale what for?
W tym czasie dzieje sie tyle.... i nie musi przecież dziać się źle...
Piszę obok, prawda? No może po prostu piszę znowu o tym, co mi się wydaje istotne."


czwartek, 21 października 2004

cóż, te niewidzialne nitki to poczucie wspólnoty.

Możliwość dzielenia się chwilą. Czasem obawami, radością. Nie zawsze najbliżsi są najbliżej

Nic wielkiego, a może coś bardzo?

bogate życie wewnętrzne to przekleństwo. Przemierzam korytarze myśli, ginę się w skojarzeniach, przypomnieniach, reminiscencjach. Wszystko kojarzy mi się ze wszystkim. Obrazy, migawki, dygresje...

Pilch napisał nową książkę ( „Narty Ojca Świętego”) - lubię go za całokształt ( w tym poczucie humoru) ... I detale -np. żółty szalik. 

 „Żółty szalik” z rewelacyjną rolą Gajosa; alkoholowa samotność bohatera-biznesmena w sterylnie nowoczesnym wnętrzu; mój eks-szef mówiący, że ten szalik to dla niego memento..., fajny facet –nie widzieliśmy się bardzo dawno, pracuje teraz w Poznaniu... – już jestem gdzie indziej.

Ze swojej zakładki trafiam do Hicks’a, od Niego do Holly... Jasne – „mógłby mieć garb”- mnie też poraża ta zbieżność.  Doświadczeń? Czy oczekiwań?

Odkrywam, ze wcale nie jestem taka „niepowtarzalna”. Że „Inni” też to brali... Ale nie jestem ofiarą sieci, choć oczywiście znam fascynację „S@motnością w ...”.

Bezpieczn@ bliskość? Że blisko, ale daleko? Nie, nie ma tak.

Mówią, że o pierwszym wrażeniu decyduje w 70% wzrok, czyli że - chcąc nie chcąc - jesteśmy głupio powierzchowni. Stale goniąc uciekający czas, gubiąc się we własnych myślach, nie zatrzymujemy się przy ludziach - skanujemy tylko obraz, opakowanie. Do tekstu, do słów – można wrócić... Sieć daje (im?, nam?) tę szansę.

środa, 20 października 2004

Znacie to na pewno: wchodzisz na zaprzyjaźniony blog i z ciekawości klikasz na zakładkę - jego zaprzyjaźnionego bloga... trafiasz w inny, równie ciekawy świat – itd. Znowu odkrycie! Można tak bez końca.

Ale interesujące jest właściwie to:  jak bardzo bliscy nam - myśleniem i odczuwaniem - są ludzie, u których bywamy. Jak w lustrze - w ich „zaczytaniach” szukamy potwierdzenia tej nagle odkrytej nieobcości. To ona przecież  pozwala oddychać spokojnej w przeświadczeniu, że - nawet jeśli przez chwilę świat jest zły i nieprzyjazny, a z każdego kąta wieje chłodem - w swojej samotności nie jesteśmy osamotnieni, że nie napiszę wyalienowani ;-)

 

* dedykacja: Wszystkim, u których bywam: z uśmiechem, wzruszeniem, u których : nie czuję się obco, bo do obłędu doprowadzają nas te same zdarzenia ( u „siebie” politykę omijam, ale ...)

wtorek, 19 października 2004

Czasem nie latam..

Zaczęłam czytać autobiografię Gordona Sumnera. Głupio brzmi? Owszem. Chodzi o Stinga - teraz już wszystko jasne. Najpierw minęłam ją na półkach empiku bez wrażenia, bo nie przepadam za tabloidowymi kulisami „wielkiego świata” by żurnaliści, nie zdając sobie sprawy, że to autobiografia.

Stinga słucham od lat, często z nim podróżuję, bo to muzyka na trasy. Cenię za poszukiwania, swoisty dystans, angielskość, to nieuchwytne coś, co sprawia że czujesz się jak „Englishman In New York” - obco. Nie u siebie...On leczy mnie ze smutków.

Ze Stingiem też LATAM - czasem.., gdy się nie boję ;-). Wiem, że w tym uzależnieniu nie jestem oryginalna. Ostatnio najczęściej słucham

INSIDE z najnowszej "Sacred Love", bo i muzycznie urokliwe i tekstowo bliskie. Bo chyba to jest właśnie tak, że pisanie jest wentylem bezpieczeństwa dla introwertyków, metodą na zachowanie równowagi pomiędzy chłodnym dystansem do zewnętrzności a burzą wewnątrz.

W „Niespokojnej muzyce” sporo o dzieciństwie, rodzicach, muzycznych początkach  – autoterapeutycznie raczej niż skandalicznie.

Póki co - baaaaardzo zajmujące.

"ponosisz odpowiedzialność za siebie. I oczywiście - przed każdym uciekniesz (schowasz sie - jak wolisz) - nie odbierzesz telefonu, nie uslyszysz, unikniesz, ominiesz.
Siebie nie.

Jesteś sensownym facetem, który pogubił się w drodze pomiedzy.... A każda z nich wykorzystała to po swojemu. Może i słusznie, sokoroś się akurat tak zacumował?

Życie nie zawsze boli, ludzie nie zawsze ranią itd. Nie zabieraj sobie spokoju bez powodów, bo go nie odnajdziesz, gdy będzie trzeba. 

Nie patrzę z boku, ale nie jestem w środku. Dziwne to miejsce. Tu i teraz. "

poniedziałek, 18 października 2004

diabli wzięli dobry pokoncertowy nastrój, bo Al Foster Quartet - bardzo, bardzo-ale są w trasie i może gdzieś na nich traficie...

Bo to poniedziałek w robocie zawsze się coś musi obalić, a wszystko zgodnie z prawami Murphy'ego. Na jakimś komputerowym szkoleniu prowadzący powiedział,że największymi szkodnikami komputerowymi są sprzątaczki, bo zawsze coś zmajstrują-zaleją, odłączą... A jednak nie: - IT-mani!!!Przestawiali, konfigurowali i tak nakręcili, że to, co miało przebiec gładko i bez krzyku w weekend, zepsuło nam pół dnia w pracy.

Dobrnęłam do domu, w korkach - teraz nic tylko usiąść ...w lotosie, co polecam wszystkim zakręconym ;-)

piątek, 15 października 2004

Nie to, ze nie miałam „w tygodniu” nic do napisania. ”W tygodniu to jesteśmy cisi jak ta mgła...” Wcale nie. Ale jakoś nie mogę się skupić, gdyż tzw. rzeczywistość uniemożliwia mi zebranie myśli. A otóż i powody:

·         Pracuję z idiotą, wykształconym, ale bezmyślnym. Bezmyślność mnie obezwładnia, czuję się bezsilna. Tłumaczę swój punkt widzenia i trafiam na ścianę, na pytające spojrzenie: „czy to ma jakieś znaczenie?” Widać ma, skoro na ten temat mówię. Oddycham głęboko: ...siedem, osiem... Nie chcę się składać z bogatego życia wewnętrznego. To zewnętrzne mnie też interesuje, ale niekoniecznie z idiotami w rolach głównych... A przecież w pracy spędzamy pół życia.

·         Zaposiadywujemy prawnika- o nich dziś pisałam gdzie indziej. Prawnik skupia się na tym, żeby nie mieć roboty. W związku z tym stwierdza na ogół, że nic się nie da zrobić. Nawet wtedy, gdy mamy rację. Z szeroko otwartymi oczami słucha, słucha  i nie rozumie. „To może pani przygotowałaby te materiały..?”. Nie, stary, nie przygotuję.

Zamówiłam sobie Garbarka, nowego – na deser i pocieszenie. Tego, co to już we fragmentach wysłuchałam tu i o którym wcześniej pisałam. Czekam na „Dear Heather”  Cohena.   Muzyka zwiększa odporność na świat. Może nie każda. Te tak.

 

Może uda mi się pójść na koncert kwartetu perkusisty Ala Fostera (- grał przez prawie 13 lat z Milesem Davisem ale również z tak wielkimi muzykami jak Chick Corea, Gil Evans, Herbie Hancock, Sonny Rollins, McCoy Tyner, Freddie Hubbard, Joe Henderson, Horace Silver, Stan Getz, John McLaughlin, Dexter Gordon, Stanley Clarke, Branford Marsalis, John Scofield, Ron Carter, Ray Brown, Randy i Michael Breckerowie, George Benson, Michel Petrucciani, Donald Byrd, Tommy Flanagan, a nawet Sting,… zresztą - to i tak tylko początek długiej listy).

Muszę pójść –powiem nawet. Niestety może nie obyć się bez krętactw z mojej strony - w niedzielę mam tzw rodzinną okoliczność, która nie zakończy się być może imprezą...

Strach przed śmiesznością. Znacie to uczucie? Czasem krygujemy się i mizdrzymy, udając mądrzejszych niż jesteśmy. To - zawodowo, a prywatnie? Prywatnie: nie chcąc narazić się na wyśmianie grzęźniemy w obawach, w produkcjach made własna wybujała wyobraźnia, jednocześnie budując swój wizerunek - taki bardzo cool.

Zimny cynik co to już niejedno widział i nie takie panny..., cwana lalka, która nie takie jazdy ćwiczyła...

Potem budzimy się z ręką w nocniku, konstatując że odchodzi ktoś ważny dla nas, komu tak właściwie nie powiedzieliśmy tych paru istotnych słów. Ktoś, kto chciał nas poznać, a komu pokazaliśmy bezpieczną maskę. Ktoś, komu zależało na prawdziwej relacji, a nie na grach salonowych. Ktoś, kto dotykając zimnego pancerza, stracił nadzieję na kontakt z Człowiekiem. Ktoś, kto pukając w skorupę, słyszał tylko echo tego pukania. Bo w środku pusto...

Pusto?

wtorek, 12 października 2004

Tak, zaczął się od Newsweeka. Nałogowo oglądam serwisy w tvn, tvn 24, tvp 1, więc politykę tam póki co odpuściłam i tu też odpuszczam. Bo cóż to za temat?... spuśćmy miłosiernie zasłonę milczenia.

Zainteresował mnie „Umysł i stres” jako spojrzenie na zdrowie. Zdaniem autorów - a jest to tłumaczenie prac naukowców z Harvardu - element psychiczny ma decydujący wpływ na zdrowie. Nie unikniemy stresów, ale umiejętność radzenia sobie z nimi, świadoma  kontrola zmniejsza ich destrukcyjny wpływ na nasze zdrowie. Stąd tyle ostatnio o technikach relaksacyjnych, jodze, różnych zajęciach typu body&mind. Oczywiście jestem ich gorącą zwolenniczką, choć wrodzone lenistwo podpowiada czasem szybkie rozwiązania typu: a gdyby tak pigułki szczęścia? Na nieszczęście nie ma takich. Póki co.  

 

poniedziałek, 11 października 2004

Podobno dla towarzystwa Cygan dał się powiesić ...Czy to jednak wystarczający powód do zawierania związku małżeńskiego? Strach przed samotnością popchnął mojego znajomego starszego pana do desperackiej decyzji natychmiastowego ślubu. Byle się ożenić. Z którą bądź. Niech wiedzą. No owszem. Dowiedzieli się... Cześć zbojkotowała głupio i niepotrzebnie. To on się przecież będzie męczył. No,  może również syn, ten który został w domu. Poza tym, co komu do tego? Ale strach jest złym doradcą. Jak pośpiech. W tych sprawach zwłaszcza.

Jak zameldował mi główny bohater ww zajścia, kobiety boją się formalizowania związków i zdecydowanie chętniej wolą pozostawać w jakiś bliżej nieokreślonych partnerstwach, które nie spychają ich do roli gosposi... Uff, wreszcie nie muszą, przynajmniej niektóre, wiązać się z facetami z powodów ekonomicznych.  

Coraz bardziej robi się tak, że tylko w domu zostawać. Jako światłolub przeniosłabym się gdzieś na południe. Malaga na przykład ... ech. A tu szaroburo. I poniedziałek rano...

Nie powiem, żeby weekend był spokojny. Marzyłam, żeby pójść do kina i dooglądać zaległości, ale sobotni wieczór spędziłam na rozdaniu YACHów.

Niby więc nakarmiłam wzrok. Ze słuchem gorzej. Z przyjemnością „obejrzałam piosenki” Reni Jusis (robione przez kobietę!- więcej tu) i Pink Freud „Come as you are”. Poza tym - różnie. Głownie - różnie muzycznie. W jury – Dudziak z Dzieckiem. Dudziak – imponująca 60-tka, pełna werwy i nowych pomysłów na Gali jednak nie zaśpiewała. Zaśpiewała za to  Mika Urbaniak. Na szczęście  grali w tle:  Olo Walicki   i odkrycie zeszłorocznego Jazz Jamboree - Sławek Jaskułke. Oni prezentują się w każdej konstelacji ciekawie. No i malowniczo.

Dzięki starym znajomościom poszłam też na bankiet do lansowanego na siłę centrum handlowego Manhattan (bardzo cieszyliśmy się, że do centrum Wrzeszcza wróci życie, a tu zimno jakoś i nieprzyjaźnie).

Poszłam, żeby dowartościować Młodą „bywaniem”. Wielki świat..., a raczej światek lokalny okraszony Urszulą Dudziak. Ciasno i klaustrofobicznie za sprawą zaniżonego chyba(?)  sufitu.To niej jest miejsce na stojace parties...

czwartek, 07 października 2004

Przejrzałam sieć w poszukiwaniu książek Wolfe’go. Klapa. No może nie całkowita, bo coś tam znalazłam - w antykwariacie, w wersji oryginalnej. Już się cieszę.

Po drodze przyjrzałam się nowej płycie Garbarka In praise of dreams, a nawet ją trochę przesłuchałam. Po 6 latach nagrał znów pod własnym nazwiskiem. W towarzystwie znanej skrzypaczki amerykańskiej pochodzenia armeńskiego - Kim Kashkashian i Manu Katche( solowa płyta It's About Time ) na instrumentach perkusyjnych stworzył brzmienia poetyckie, poruszające i piękne. Pochwała marzeń...

Mówi się o kobiecej, ale – zapewniam -  na krótkich dystansach - zawodzi... Myślę o odległości między ludźmi, bo im bliżej, tym mniej widać. O takiej odległości subiektywnej kiedy wydaje ci się, że już bliżej być nie można. Problem w tym, że tak samo musi czuć ta druga osoba. Przegrywamy, lokując uczucia nie tak. Przegrywamy nie zauważywszy dysproporcji w odległościach....

Z wiekiem poszerza się kokon bezpieczeństwa, w który się opatulamy. Czy słusznie pozbawiamy się wzruszeń, kolorów? Każdy ma na ten temat swoją prawdę. Jednych rany wewnętrznie wypiękniają i dzięki nim potrafią patrzeć głębiej. Innych – opancerzają na życie.

I mnie, powiększający się brzuch, przesłonił widzenie świata - jakim był. Mnie, powiększający się brzuch, przesłonił widzenie świata - jakim był. Bilansując całą sytuację widzę jednak dużo więcej jej plusów. Dzięki zanikowi kobiecej intuicji - mam nadzieję chwilowemu - nie zagościłam na dłużej w związku, który by mnie zadusił. To wiem. Dlatego wszystkim zawiedzionym, rozpaczającym, zdradzonym radzę ... złapać dystans i wyobrazić sobie jak po latach wyglądałby ten ich Wyśniony, Jedyny Obiekt uczuć najwznioślejszych. Pomaga, naprawdę.     

poniedziałek, 04 października 2004
 Zamiast się gdzieś sensownie przemieścić wybrałam wariant miejski czyli dolegliwy. Dolegliwość weekendowa miasta polega na marnotrawieniu czasu na działaniach istotnych acz nie posuwających spraw do przodu. Np. życie towarzyskie... Niełatwo jest wybrać taki jego wariant, by obudzić się bez syndromów day after i nie myślę tu o żadnych nadużyciach. Nie, zupełnie.

Wystarczy posiedzieć gdzieś w dymie.... Kiedyś paliłam , teraz z obrzydzeniem omijam miejsca osnute kokonami zastarzałego zapachu nie zawsze najlepszych papierosów.

Poszłam jednak posłuchać Kleyffa – raz - że to, co robi jest dla mnie ważne; dwa, że lubię jego dziewczynę.

"PŁACHTA NIEBA - '89/2004"

Tekst: J. Kleyff; muzyka J. Kleyff i O.N.Z.

Rozpostarta płachta nieba
zawsze daje to, co trzeba;
przez tę płachtę, pod sam kręgosłup
prześwituje sama wiedza;
kiedy zbieram z niej bez wahań -
- zwykle trafiam w to, co czuję,
jeśli mniej premedytuję,
jeśli mniej kalkuluję... w życiu! (x2)

Nie muszę tu być, lecz cieszę się,
gdy czasem jestem,
gdy czasem jestem...
Chociaż nie muszę stąd iść (póki co) -
- też cieszę się,
gdy czasem jestem... z dala.
Ja chcę nie musieć nic,
bo tylko wtedy
coś potrafię, coś potrafię...
...kiedy nie muszę nic - potrafię musieć
żyć na jawie, żyć na jawie -
- i uczyć się kochać...

Kleyff śpiewał z okazji promocji kolejnego numeru literackiego kwartalnika „Migotania, przejaśnienia” w miejscu, które właśnie zmieniło gospodarza - chyba ze stratą dla klimatu... Ale przecież: poszłam spotkać się z ludźmi.

 Kuczok dostał Nike, ale nadal Pręgi odkładam sobie na deser, na taki właściwy moment. Pewnie wcześniej pójdę zobaczyć się z Jarmushem, bo to bliskie mi kino - intymne, kameralne, wyciszone.

Na razie obejrzałam – z rozbawieniem zresztą -  Vinci’ego i ... rozpoczęłam poszukiwania książki Toma Wolfe’go – „Facet z zasadami”.

Cuma - główny bohater filmu -czyta ją w wannie, dzięki czemu dowiedziałam się że Wolfe’go wydano w Polsce i to już 3 lata temu. Teraz jednak znów – NIEDOSTĘPNY!

 

 

Jestem z miasta ... co zupełnie nie przeszkadza mi go czasem nie lubić.

No ale.