| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
CZYTUJĘ, ZAGLĄDAM DO
INNE TAKIE TAM...
SE POSZLI
wtorek, 30 listopada 2004

Wicker Park w Chicago, jest takie miejsce... Piękne i malownicze skądinąd. O proszę.

I niech nikogo nie zwiodą kinowe zwiastuny, z których można wnioskować że to np. thriller. Bzdura. To film o miłości. Miłości, która daje znaki, która nie pozwala przejść obok, nie pozwala zapomnieć...

Zobaczcie „Apartament”  ( kto tak przetłumaczył ten tytuł???). I ci którzy pamiętacie, i ci którzy próbujecie zapomnieć, i ci których jeszcze nie dotknęło...

Poza fabułą kusi świetna muzyka w tle oraz smakowity Josh Hartnett.

Tak wiele nowego dzieje się w świecie sztuki, że odkrywamy tylko fragmenty, natykamy się na pojedyncze perełki.

Dużo moich „odkryć” zawdzięczam innym, bo łatwiej komuś - istotnemu dla mnie choćby przez chwilę - zatrzymać na moment ten pęd życia, karuzelę obrazów, kakofonię dźwięków...

Muzyczne fascynacje innych też zaczynają żyć swoim życiem, zyskują swoje tło w moim życiu, swoją istotność.

A korzenie?  No cóż, sztuka jest często asemtymentalna...

W ramach ubiegłotygodniowego maratonu jazzowego poza niby-holenderskimi nasłuchałam się różnych innych dobroci. Locals zaprezentowali się w projekcie „Metalla Pretiosa” autorstwa Ola Walickiego - jazzmanom towarzyszy tu kwartet dęty (unikatowa okładka płyty!); Mikołaj Trzaska zagrał „Unforgiven North” tak pięknie dzięki Nielsenowi i Uuskyli, a my sobie będziemy słuchali tego również w domu J; perkusista Jacek Kochan zabrzmiał w „Acoustic Jazz in Electronic Environment” (w takim environment wolę Molvaera).

Nie tylko na panach oszałamiające wrażenie zrobiła uznawana za największe objawienie na międzynarodowej scenie bluesowej serbska wokalistka i wirtuoz gitary - Ana Popovic i aż szkoda było siedzieć przy tej muzyce... Za to na stojaka przyszło nam odsłuchać drugiej gwiazdy Jazz Jantar – szwedzkiej grupy „EST- Esbjorn Svensson Trio” - uznawanej w Europie i za oceanem za najbardziej nowatorski zespół jazzowy. A to Svenssonowe piano brzmi jeszcze...I dzięki cd „Seven days of falling” będzie brzmiało, choć jazz EST’a nowatorski dla mnie nie jest, za to cudny bJrdzo.

ps. gdyby się Komuś chciało parę słów o wczorajszym ONZ-cie- mailnąć np?

piątek, 26 listopada 2004

„Galerię potworów” trzymam sobie na deser... wbrew zasadzie, że tu i teraz... i żeby nie odkładać.

Ale znam te teksty, już je drukowano – po latach nabierają innego znaczenia. Jak wszystko. Czytając o gościach w kontekście własnych doświadczeń z nimi, obśmiałam się jak norka... Bo taki np. WELON, rezydując u mnie prawie pół roku, nie zaprzestawał konwersować ze mną w konwencji „krok w krok”...

Albo POLITYK skrzyżowany z WELONEM... w wersji hardcore – na samo przypomnienie się boję.

Z autopsji znam jeszcze gościa DORADCĘ. On wie lepiej. Zeskakuje rzeczywistość. Oceni. Wyrazi opinię. Głosem nieznoszącym sprzeciwu. Żadnych „ale”. Powie, gdzie kupić tanio. Bo „tylko tam” się kupuje... Zdziwi się niegospodarnością: „no wiesz, kupiłaś za 15 zł mrożonkę gyros, jeden obiad na 3 osoby?- ja za to przez tydzień karmię rodzinę...” I już stoję w kącie z poczuciem winy, choć nie lubię chicken risotta made by herself...

 Strzeż mnie PB od bycia dla kogoś koszmarem J

W poniedziałek o 20-tej w Stodole „2 w 1” : nowa płyta Kleyffa &Co + 18-lecie ONZ. Kto lubi, to wie.

Chciałabym być ze względów J pozamerytorycznych, ale choć akurat będę w W-wie, nie zostanę do wieczora...

Tamziemcy mogą.

czwartek, 25 listopada 2004

Jechałam zmienić letnie na zimowe - w drodze kupna - zmienić, co niebagatelne... Jechałam, kontrolując koleiny. Coby nie wypaść...

Ale w myślowych się siedzi, się jest... Schematy, kalki. Oceny. Uproszczenia. Przypisywanie innym swojego toku myślenia - no bo tak to działa.

Fobie. Świat subiektywny. Rzeczywistość podświadomie zmieniona w „naszą”, dopisane znaczenia, emocje.

Słowo wylatuje ptakiem a wraca kamieniem, ...

 A myśl?

się trochę oderwałam od codzienności, póki co dzięki Holendrom, występującym na otwarcie Jazz Jantar w sztormowy wtorkowy wieczór. W skład trasy-projektu  „Dutch Jazz In Poland” wchodzą:  Olthus & van Veenendaal, Dalgoo, Jorit Dijkstra solo, Agog. Aż żal, ze ta ostatnia bardzo energetyczna formacja grała dla kilkunastu osób, ale koszmarność pogody troche to usprawiedliwia. Bardzo interesujące połączenie jazzu, garage-rocka, country, folku i muzyki z Afryki i południowo-wschodniej Europy. Szlachetny, a żywiołowy cocktail z poetyckim pobrzmieniem skomponowany przez gitarzystę Franka Wingolda, jednego z najbardziej znanych muzyków undergroundowej kolońskiej sceny muzycznej. Na basie i perkusji nie ustępujący mu klasą Holendrzy.

Dziś jazzowości cd.

 

wtorek, 23 listopada 2004

no i bardzo dobrze, bo jeżdżenie na letnich było takie bardziej hardcorowe. A tu pada i płynie.

Długo się wzbraniałam przed pisaniem na tematy zza kierownicy, bo to tak samo toksyczne jak polityka, ale o niej nie będzie - są kronikarze wnikliwsi ( vide Franz’owaty świat ). Za to o tym, co widzę z wnętrza tej puszki Pandory - owszem, będzie.

Intuicyjnie czułam, że problem narasta, bo i mnie dotknął kilkakrotnie, ale nie sadziłam że jest aż tak! W nowym Newsweeku artykuł o road rage – frustracjach, eksplodujących na drodze w sposób niekontrolowany i często brutalny.

Lubię przemieszczać się samochodem, to pozorna niezależność ( no niech się coś zepsuje...) i chwila dla siebie. Motyw Kowalsky’ego w Vanishing Point - któż tego nie ćwiczył?  W miastach jednak coraz ciaśniej, coraz nerwowiej... gapowatość jednych, zniecierpliwienie i cwaniactwo innych. Narastająca agresja.

Kogo nigdy nie poniosło niech rzuci kamieniem...

poniedziałek, 22 listopada 2004

Zaskakujące jak trudno je z siebie wydusić i jak trudno na nie naturalnie zareagować. Gubimy się w nic nie mówiących ogólnikach i zdawkowościach wcale nie dlatego, że nie mamy nic do powiedzenia. Powierzchowność kontaktów. Okrągłe zdania na każdy temat - eleganckie i nietoksyczne. Wygodniej poruszać się w oceanie słów, choć one wcale nie zbliżają nas do siebie.

Bezpieczna odległość patentem na dotyk meduzy? Może...

Skonfrontowani nagle z czyimiś kłopotami, milcząc ze współczuciem, wycofujemy się pospiesznie. Pozostajemy z boku – taktownie przecież. Dbając o nienaruszalność czyjegoś status quo nie wyciągamy ręki, żeby nie dotknąć prywatności...

Wiem, absurd. Wygodny jakże.

Bezradność - nic mnie bardziej nie osłabia. Mogąc zareagować, wykonuję gest, nawet jeśli może być uznany za obcesowy, bo lepiej by wyciągnięta ręka zawisła w powietrzu niż by jej nie podać...

niedziela, 21 listopada 2004
biało tu i odświętnie. Sterylnie i cicho. Nad głową błękitnie. Pies nosem rozdmuchuje śnieg. Miło patrzeć jak 60 kilo rudego jestestwa podskakuje z miejsca w kosmos. To rude 60 wyglądało kiedyś tak-prawie tak:
piątek, 19 listopada 2004

Nie lubię tego programu – dwie panie jak dwa żywioły - black and white oraz BOHATER, bo nie ofiara, dla swych gości są łagodne. Zero agresywności. Wpatrzone, podążają za ich myślami, ale absorbują sobą, czasem aż nazbyt.

Wczoraj gościem był tekściarz. Uznany. Znam go sprzed lat z zupełnie innych okoliczności. Spotykaliśmy się na imprezach, mijaliśmy w klubowych rzeczywistościach. Teraz – inne światy.

Ale - to fakt, w głowie tkwią mi jak kotwice różne zbitki słowne, zdania - klucze, które każdy z nas z łatwością zaadaptuje dla swoich potrzeb: „wróćmy do naszych spraw sprzed lata, miałeś zadziwić cały świat, a nie zdziwiłeś nawet ptaka...”, „odchodzić męska rzecz i wracać męska rzecz”, „nie dzwoń do mnie kiedy będę stary”,„ czas nas uczy pogody”, „i przyjdzie wytrzeźwieć z wielkich miłości”.

Niekomercyjne starocie...

INVISIBLE MR. HYDE   

Właściwie już nie mieszkam tu Odszedłem

Odwróciłem się Czasem tylko spotykam siebie

tamtego na ulicy Zazwyczaj wtedy biegnie:

spóźniony umówiony Przyglądam się sobie z

rozbawieniem Być niewidzialnym to spora

uciecha Lubię wracać nocą Kiedy tamten ja

zasypia siadam na progu łóżka Przyglądam

się Wtedy jemu śni się anioł o przezroczystych

skrzydłach Biedny Kiedy zamykam oczy on we

śnie leci Lekki swobodny I tak to wygląda

Ja jestem Nikt On już blisko mnie Kiedy

chwyta kartkę otwierają mi się rany na

dłoniach To nie boli Jestem wyrozumiały

i cierpliwy Zazdroszczę mu niewiedzy

Podziwiam jego nadzieję

                                                         Jarosław Klejnocki   

 

czwartek, 18 listopada 2004

przez chwilę nikt nic ode mnie nie chce. Dziwne uczucie... Choć dziś całe przed i popołudnie chcieli aż nadto... do zwariowania. Więc ta chwila św.spokoju się należy. Z tego wszystkiego całkiem bezsensownie acz obsesyjnie zjadłam tabliczkę czekolady. Teraz mi niedobrze. A chciałam, żeby dobrze. Nieznośna absurdalność.

Wieje jak 150 i pomrocznie... jak to na Wybrzeżu. Pomrocznie czyli gastronomicznie. Co ja gadam.

Może pójdę na Old Boya - bo to też zaległość, ale póki co herbata, coby zmyć smak czekolady... Kobieca logika

środa, 17 listopada 2004

„podróżuję” po kanałach. Telewizyjnych. W sobotni późny wieczór trafiłam w TVP 2 na „Nakręconą noc”, której współautorem jest - pewnie dla niektórych kontrowersyjny - blogujący J  Sylwester Latkowski  Co zobaczyłam - cytuję za jego blogiem:

„Wielki brat.

10-11-2004 20:17:52

Zdjęcia do „Nakręconej nocy”. Stoję na ulicy Pięknej, po drugiej stronie mam przed oczyma ambasadę. Miejsce, gdzie zawsze znajduje się mniejsza lub większa kolejka za wizami. Oznakowany samochód TVP, oznakowana ekipa. Nie zamierzam wejść do ambasady. Podchodzi do mnie ochroniarz z ambasady i chce mnie wylegitymować, potem jego szef. Pytam, na jakiej podstawie prawnej pracownik ochrony, legitymuje na ulicy polskiego obywatela.  Przychodzi rzecznik prasowy. Pyta, czy mam zgodę na wejście do ambasady. Odpowiadam, że nie chcę do niej wchodzić. Myślę, gdzie jestem? Patrzę na chodnik  - na płytach nie napisano eksterytorialny teren, należący do USA...."

„Kochać czy tylko lubić” to tylko tytuł. W zaległościach prasowych odkryłam wczoraj bardzo mądry artykuł Tomasza Łubieńskiego na temat naszego stosunku do ojczyzny, często histerycznego i naznaczonego patosem.

Każde emocje mają swój czas, każdy czas swoje emocje. Skończył się czas walki, zeszliśmy z barykad, pozbieraliśmy się ze styropianu a tkwimy nadal w emocjach wojny. Po polsku, po słowiańsku, szeroko...

Składamy się z poczucia wyższości, naznaczenia historią, dumy narodowej... Jak się dobrze przyjrzeć, czasem niespecjalnie jest z czego. Róbmy swoje, nie traktujmy ojczyzny jak kochanki (-ka), spójrzmy z dobrosąsiedzkim wyrozumieniem i ciepłem. Tak jak patrzy się czasem na ...

Tu już się zagalopowałam J

wtorek, 16 listopada 2004

„Międzyczas” - nieistniejąca, a jakże pojemna wirtualna odległość pomiędzy tu i teraz ... no więc w międzyczasie obejrzałam sobie bardzo różne rzeczy:

Woodyallenowską w klimacie francuską komedię Agnes Jaoui „Popatrz na mnie”. Zrealizowaną kameralnie w zbliżeniach i wnętrzach. Wielowątkową i wielopłaszczyznową. O ucieczce w sztukę, poszukiwaniu własnej wartości, potrzebie akceptacji i zaistnienia w czyimś życiu naprawdę. To film nie tylko o Lolicie, bezskutecznie dobijającej się o zainteresowanie ojca, zajętego własnym bogatym artystycznym wnętrzem. Każdy z bohaterów ma w filmie swoje: „popatrz na mnie”. Również Jaoui, grająca rolę nauczycielki śpiewu Lolity.

     Wróciłam z reżyserem i głównym bohaterem filmu Zacha Braffa do New Jersey i zupełnie własnych miejsc w życiu. „Powrót do Garden State” to kolejny film o znaczeniu uczuć.

Po drodze ładne poetyckie odniesienia do Absolwenta, świetna muzyka, motyw wiecznej podróży i prowincjonalna rzeczywistość New Jersey, do której nie chciałoby się właściwie wracać. Wybudzony z letargu  Andrew reaguje początkowo lękiem i próbą ucieczki ...

Oba filmy to kino autorskie, kameralne, sączone jak dobre czerwone wino w nastrojowej knajpce.

Tego nie można powiedzieć o „Upadku” Olivera Hirschbiegela.

  

Hitler pokazany oczami zafascynowanej sekretarki Traude Junge miał zyskać ludzkie oblicze. Niestety, jak w innych superprodukcjach, nakłady finansowe nie przenoszą się na wartość artystyczną.  Upadek - pierwszy niemiecki film o Hitlerze drażni mnie teatralnością, atmosferą Titanica, choć pewnie dekadencja i nieuchronność losu to w tym przypadku uzasadniony element stylistyki i zarazem niemiecki znak firmowy. Obejrzałam z ciekawości i kronikarskiego obowiązku.

Już „po” trafiłam zbliżoną filmowi w nastroju wypowiedź Stefana Chwina. Dla usprawiedliwienia swego zdystansowania do obu zdarzeń artystycznych dodam, że moją rodzinę doświadczył bardziej nasz wschodni sojusznik a i mniej we mnie chęci zobaczenia wroga u stóp...

poniedziałek, 15 listopada 2004

Splotem różnych okoliczności moi przyjaciele stali się właścicielami kota. Zamiast promienieć ciepłem i radością zwierzę spętane było węzłem jakiejś ponurej traumy, której oznaki wprawiały ich w  zażenowanie i wstyd, wynikający z przynależności do gatunku...

Bojaźliwe i przerażone, ni stąd ni zowąd nieruchomiało w kącie pokoju odwrócone tyłem do świata. Czasem stężałe spędzało godziny ukryte pod dziecinnym kocykiem... Nauczyło ich cierpliwej miłości, pokory, nie oczekiwania na wdzięczność. Miesiące trwał koci powrót do życia. Kociego.   

 

Ludzie też wracają. 

środa, 10 listopada 2004

Jeżdżę sobie czasem, samochodem, na smutki. Patrzę na dookolność, z dystansu, zmieniam „okoliczności przyrody” (któż wymyślił takiego dziwoląga?), pozwalam się uwieść muzyce... Dobrze jest nie myśleć, dobrze jest być - po prostu.

    Wracając z jednej z takich wypraw zauważyłam grupkę ludzi w miejscu tak absurdalnym, że mi to utkwiło w pamięci. Przejeżdżam tamtędy często. Ci ludzie czekają na samolot, a właściwie na jego lądowanie. Stoją na przedłużeniu drogi startowej lotniska...tu samoloty lecą już bardzo nisko. Podobno wrażenie jest niesamowite. Szczególnie w nocy...

Czy to też jakaś metoda na życie?

wtorek, 09 listopada 2004

Margines prywatności dla każdego ma inną szerokość. Jednym przeszkadza oddech, innym cudza obecność.  Gdzie przebiega linia demarkacyjna? Czy mamy prawo wyznaczyć granicę? Czy można być z kimś „odtąd – dotąd”? Czy będąc z kimś bardzo blisko można mieć swoje zaklęte rewiry? Czy nielojalnością jest czuć po swojemu?

       Pamiętam jak boleśnie znosiłam kiedyś świadomość, że ktoś obcy (w tym przypadku złodziej) naruszył moją prywatność, nadotykał się mojestwa. Jak zdziwiło pytanie świeżo zaposiadanej, rzadko odwiedzanej i krótkotrwałej teściowej: „to ty nie wiesz, gdzie ja trzymam herbatę???” (wiedziałabym, gdybym przeskanowała szafki w kuchni...).

Ale z bliskimi jest inaczej. Jak inaczej? Każdy ma swoją granicę...

poniedziałek, 08 listopada 2004

Z „tego wszystkiego” nie poszłam posłuchać Chrisa Farlowe’a (u Was Warszawiacy – gra jutro!!!) – wokalisty legendarnych grup Colosseum ( 3 płyty) i Atomic Rooster. Charakterystyczna barwa głosu i akrobatyczne możliwości wokalne zjednały mu rzeszę fanów. Śpiewał także z Thunderbirds, Manfreds Band, gościł na nagraniach J. Page’a i wielu innych. Obecnie regularnie koncertuje z reaktywowanym Colosseum (w tym roku ukazała się poszerzona wersja „Valentyne suite”) i Manfreds oraz w duecie z Van'em Morrisonem. Wraz ze swoją obecną grupą Norman Beaker Band wykonują elektrycznego rythm&blues'a. Ten 64-letni londyńczyk jest nadal w świetnej formie, czego osobiście nie stwierdziłam i żal mi.

Mam opór przed zachowaniami stadnymi. Bo i hipokryzja to i lenistwo umysłowe - taki unik... zwolnienie z myślenia. Źle znoszę spędy, zorganizowania, przymusy. W chórze brzmię fałszywie. A jednak znowu uległam presji „tradycji”: pięknej,  gdyby nie -  w skali makro - tak zdawkowej i powierzchownej. No, ale dałam się zassać tłumowi, podążającemu w kierunku cmentarza. Przenieść inercją tego zbiorowiska, tym mrówczym tropem do celu.

Szereg rytualnych czynności usprawiedliwiających brak refleksji. Zagłuszający czucie.  Znicze symbol pamięci? Spokój duszy okupiony chryzantemami? Targowisko próżności, pusta wystawność – coroczna erupcja miłości własnej skrzyżowana z obawą „co-ludzie-powiedzą” .

Pośród tego wszystkiego boleśnie przemykają świeżo...  doświadczeni.

sobota, 30 października 2004

pewnie odczytać można ten film na wiele sposobów, bo to każdy ma swoje "tu i teraz" -takie okulary, przez które patrzy.  I swoje pręgi... gdzieś wewnątrz.

Mnie Piekorz nie przygnębiła, poruszyła raczej swoim spojrzeniem na miłość...Trudną, raniacą czasem, ale niosącą w końcu wyzwolenie.

Że lek na zło to banalne? No niech i tak będzie...

piątek, 29 października 2004

dotąd propranolol kojarzył mi się tylko z kołaczącym nadmiernie sercem, a tu proszę: niespodzianka!

Jednak wcale nie chciałabym niczego zapominać...No może bardzo wybiórczo. Holly popycha mnie czasem do drzwi, dawno już zamkniętych, za którymi została  tylko pustka. Uciekłam kiedyś w panice zatrzaskując je na chwilę, ale domykanie trwało długie miesiące. Długie miesiące łapania równowagi ( to ten pion :-) właśnie) w środku. Bo na zewnatrz kontrolujemy sytuację...

ps. no to lecę na "Pręgi" co wcale nie znaczy, że to martyrologii cd... ;-)

żeby było jasne nie jestem wrogiem mężczyzn. Wprost przeciwnie. Nawet staram się ich: * zrozumieć, rozumieć... ( *niepotrzebne skreślić). Cześć znajomości, zaprzyjaźnień jest całkowicie jednostronna, co dojmująco świadczy o tym, że tych myślących i czujących jest przeraźliwie mało. Poza tym taki „myśląco-czujący” w prywatnym życiu może być Mr Hydem, co znawczynie „tematu” potwierdzą.

I jest jeszcze przeraźliwiej.

Tym chętniej rozjaśniam ciemne kąty niewiedzy na temat męskich fobii, gdy światła użyczają Jastrun i Eichelberger...

Obu zaprzyjaźniłam jednostronnie, każdego z innego powodu i w innym miejscu - w duecie występują w Zwierciadle, rozmawiając szczerze i inspirująco o męskim patrzeniu na świat. Dziś o tym, co ukrywają przed światem, czego się boją i wstydzą. Jeden z najgłębszych męskich lęków wiąże się z małżeństwem, bo wedle kulturowego stereotypu jest ono upadkiem, czymś, co mężczyznę jakoś unieważnia. Z literatury, filmów, bajek wynika, że wiążąc się na stałe z kobietą, traci wolność wyboru, swobodę poruszania się i angażowania w to, co w danej chwili wydaje mu się pociągające. W dodatku traci możliwość stania się kimś znanym, szczególnym...

Czy z tej notki redakcyjnej wywnioskować można, ze kobieta wiążąc się na stałe z mężczyzną zyskuje? Bo przecież traci TO SAMO...

będzie cytat ( na zamówienie wewnętrzne). Zgadniecie czyje to:

"ni stąd ni zowąd w środku nocy
bezsenność siadła mi na karku
i odtąd strach się począł rodzić
w najgłębszym serca zakamarku
i choć podobno bez wahania
tonący chwyta się za brzytwę
dość długo trwało nim zacząłem
odmawiać w końcu tę modlitwę

miłości nie zostawiaj mnie
w połowie wyboistej drogi
miłości nie obrażaj się
za wszystkie grzechy przeciw tobie
wyrozumiała dla mnie bądź
cierpliwa ze mną bądź jak z dzieckiem
ja przecież tak niewiele wiem
ot szczeniak ze mnie po czterdziestce

jak jeszcze trudno mi przychodzi
radość na widok ludzkiej twarzy
po w bramach kryję się jak złodziej
i nie ma we mnie nic odwagi
odkładam suchy chleb dla konia
po chleb biedronkę ślę do nieba
odciski robią się na dłoniach
a w sercu wiary jakoś nie ma

a gdy na wierszu siądzie owad
gdy tępy nóż kręgosłup przetnie
i gdy odrodzę się od nowa
i spokój zyskam w nocy we dnie
i kiedy rozpacz przeklnę chętnie
przestanę się ze wstydu chować
smycz szczerozłota wreszcie pęknie
i sens odnajdę w zwykłych słowach..."