| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
CZYTUJĘ, ZAGLĄDAM DO
INNE TAKIE TAM...
SE POSZLI
wtorek, 04 stycznia 2005

Zapamiętujemy się w gonieniu króliczka... Takie jedno wielkie czekanie. Wieczna wigilia. Odświętność myśli. Marzenia. Idealizacja.

W końcu przychodzi.

Po fali pierwszych ochów i achów, przyspieszonego bicia serca, adrenaliny nie pozwalającej spać w nocy przychodzi codzienność.

Już nie tak oszałamiająca. Nie tak... Rozum zaczął kontrolować rzeczywistość. I ten strach, że ktoś może zawładnąć naszym życiem, przejąć kontrolę, wykorzystać słabość i ... porzucić. Zostawić z tymi pokładami nadziei na lepsze, mądrzejsze, pełniejsze.

To strach wyolbrzymia wszelkie przewiny i wykroczenia, uwypukla niedostatki. Już nie taki on piękny, nie taka ona doskonała. Niby światowy, a gubi się przy krabach. Niby skrzyła erudycją, a powierzchowna. No cóż, wiadomo: z TAKIEGO domu... Wszystko zaczyna się komponować w zgrabną całość. I chyba jednak nie warto... Nie warto.

To tylko jeden wariant. Drugi wygląda tak: Trafia cię strzała Amora, a ty w popłochu podkulasz ogon. Uciekasz w miny i pozy. Giniesz w natłoku spraw nagle do załatwienia, złych samopoczuciach, ważnych terminach. Po prostu skrewiasz.    Potem mówisz, że te tematy masz już za sobą. Że nie ma takich wzruszeń, na które czekasz. Że nie czekasz. Nie czekasz na nic. Już na nic.

A to nie tak, że w życiu ominą naszą wysepkę wszelkie niebezpieczeństwa. Trwając w bezruchu i niemocy wcale nie jesteśmy bezpieczniejsi. To iluzja. Ale tylko my sami mamy dostęp do swoich fobii, strachów, tylko my sami możemy otworzyć się na drugiego człowieka. Pokonać obawę, że na to nie zasługuje...    

Bo może to właśnie on?

poniedziałek, 03 stycznia 2005

To tak jest niestety, ze nie zapada żadna klamka, nie zamykają się żadne drzwi , a horyzont nie rozbłyska nagle nowymi możliwościami.

Niestety i na szczęście wszystko jest w nas. Siła, słabość, przekonanie, wiara, frustracje, bagaż doświadczeń. Nic nie staje się samo z siebie. Żadnej czarodziejskiej różdżki.

Prawda jest jedna: można spojrzeć na życie z wiarą. Wiarą głęboką i niewzruszoną. Wiarą w możliwość zmiany. Wiarą w siebie. To ona pozwala oddychać pełniej. Ona normalizuje oddech. Ona podnosi głowę, pozwala zmieniać.

Bo chyba otwartość na zmiany jest w życiu najważniejsza. I wszystko jedno czy chodzi banalnie o fryzurę czy niebanalnie o...

To otwarcie na zmiany czyni świat piękniejszym, przyjaźniejszym, dodaje mu kolorów i blasku.

Wiara w siebie to nie łokcie do rozpychania.

To pokłady ufności we własny potencjał, szacunek do siebie i własnych decyzji.

Od tego zaczyna się dobre życie.

wtorek, 28 grudnia 2004

może to pogoda, może nie. Źle znoszę Święta, bo spędzam je tak jak nie lubię...

A przecież można by było leżeć sobie pod palmą nad brzegiem basenu, sącząc niespiesznie campari orange... ech, pomarzyć. No a poza tym nie lubię tłoku, więc nie mogłaby to być żadna, nawet wielogwiazdkowa, hotelowa rzeczywistość. Taka niecałkiem ;-) bezludna wyspa np... Zwizualizowałabym sobie - a co, ale w miejscum podobnie ponurym jak dookolność, więc na opowiastkach poprzestanę.

czwartek, 23 grudnia 2004

"Święta Bożego Narodzenia są okazją, żeby pomyśleć o przyjaciołach. Należę do tych, którzy przyjaźń  uważają za wyższą formę miłości. Najniższą jest bez wątpienia fascynacja, zwana zakochaniem, na ogół dysząca libido, pożądaniem, przemożnym imperatywem przedłużenia gatunku, nieuchronnie zmierzająca (zwłaszcza u kobiet) do zdominowania partnera i przejęcia go na własność. Nie znaczy to bynajmniej, że jestem przeciwnikiem zakochiwania się. Wręcz przeciwnie, uważam, że jest to bardzo przyjemne, zwłaszcza na początku i życzę z okazji Świąt wszystkim chłopcom i dziewczętom. Żeby zakochiwali się  na maksa, jak najczęściej. W końcu w życiu chodzi między innymi o to, żeby upływało przyjemnie. A czy może by większa przyjemność od zapalenia papierosa po udanym stosunku płciowym z ukochaną? Jeżeli mi nie wierzycie to zaraz spróbujcie. Innych powodów do zakochiwania się zasadniczo nie widzę, ten który pomimo to zdeterminował jednak całe moje życie. Ci, którzy nie palą, maja oczywiście przechlapane, ale to już ich problem, którym nie zamierzam się tu  zajmować.

Inna sprawa z przyjaźnią. Nie pokuszę się o próbę definicji. Wiem tylko, ze mam kilku przyjaciół  i że w przeciwieństwie do niższych form emocjonalnych, ograniczonych w czasie i ułomnych, prawdziwa przyjaźń jest wieczna i nie kończy jej nawet śmierć. Sądzę, że przyjaźń odradza się w naszych kolejnych inkarnacjach. Wiem, że z przyjaciółmi, którzy odeszli i którzy nawiedzają mnie w moich snach i wspomnieniach spotkam się w przyszłym życiu, obojętne czy będzie to chrześcijańskie niebo, muzułmański raj czy buddyjska metampsychoza. Ja osobiście czuję się najlepiej w okolicach buddyzmu Zen, ale nie bronię nikomu stukania do nieba bram strzeżonych przez Św. Piotra, czy dawania czadu w raju przypominającym agencję towarzyską wysokiej klasy. Każdy wierzy w to na co ma ochotę i nikomu nic do tego. Tak czy tak, jeżeli macie prawdziwych przyjaciół, spotkacie się z nimi, gdy zmienicie formę istnienia.  Jeżeli zapytacie, skąd ta pewność, jesteście ludźmi małej wiary i powinniście przyłożyć się do pracy nad sobą.

Jasne, że rodzajów miłości jest wiele. Niektóre znam z autopsji. Jestem ojcem więc kocham moich synów, jestem Polakiem więc kocham Kraj Nad Wisłą, jestem artystą, więc kocham piękno, jestem egocentrykiem, więc kocham samego siebie, co zresztą jest podstawowym warunkiem zdolności do przeżywania wyższych uczuć w ogóle. Ci, którzy nie kochają samych siebie, nie kochają nikogo. Mogą ,co najwyżej, spełniać się w polityce, gdyż władza jest tylko niezdarną protezą miłości. Politykom wydaje się, że kochają swoich poddanych, wglądnie wyborców i ze oni odwzajemniają to uczucie. Żyją też w złudnym przeświadczeniu, że wiedzą, co jest dobre dla rządzonych przez nich społeczeństwom lepiej  i dlatego wolno im narzucać innym swoją wolę. Wytłumaczył mi to niedawno jeden z moich przyjaciół, ten o którym myślę ostatnio coraz częściej i o którym będę myślał w Wigilijny Wieczór, gdy na niebie zabłyśnie pierwsza gwiazdka i gdy miliony biesiadników zasiądą do stołów uginających się pod ciężarem niesmacznych potraw, których normalnie nie wzięliby do ust za żadne pieniądze, ale cóż zrobić, taki jest nakaz tradycji. Dławią się więc karpiem zalatującym błotem i napychają się rozgotowanym ziarnami pszenicy zmieszanymi z miodem i makiem. Ja osobiście na Wigilię przyrządzę sobie pyszną solę Dover z przysmażanymi ziemniaczkami pod beszamelem z  chrupiąca sałatą w ostrym czosnkowym sosie. Przedtem kawior czarny i czerwony z drobno posiekaną cebulką oraz żółtkiem utartym z pieprzem i solą. Do tego trójkątne grzanki z żytniego chleba z masłem zrobionym samemu w pralce lub mikserze z wiejskiego mleka nie spełniającego unijnych norm czystości. Na deser suflet lub zabaglione i deska najlepszych francuskich serów. Do tego dobre kalifornijskie winko, wódka Bolszoj z przemytu, whisky Chivas Regal oraz kieliszek Armagnacu. W prezencie podaruję sobie  czarnobiałą „Casablancę”  w wersji oryginalnej na DVD oraz koncert Nirwana Unplugged z Nowego Jorku i zamiast „Przybieżeli” zaśpiewam sobie z Cobbainem Rape Me.

Jeżeli do mych drzwi zapuka jakiś bezdomny, lub jeszcze lepiej seksowna bezdomna spod znaku Skorpiona, chętnie się z nią tym wszystkim podzielę, a nawet, o ile zechce, podzielę się z nią również samym sobą, żeby zapalić potem  Lucky Strike’a bez akcyzy.

W międzyczasie będę myślał o moich przyjaciołach,  myśleć o przyjaciołach znaczy modlić się za nich. Myśl o drugim człowieku winna być modlitwą. Przyjaciół się nie wartościuje, wszyscy są dla mnie jednakowo ważni, wszystkich kocham jednakowo i wiem, że oni mnie też kochają. Tylko, że są takie przyjaźnie, które trwaj niemal od dzieciństwa i takie świeższej daty. Moim przyjacielem, którego poznałem, gdy miałem zaledwie 12 lat, a więc 46 lat temu jest człowiek, którego dobrze znacie. Nazywa się Jacek Kuroń. Kiedy go poznałem był moim nauczycielem historii, potem stał się moim Wychowawcą i pozostał nim do dzisiaj. Niedawno nauczył mnie, że władza jest protezą miłości. Jacku! Dziękuję. Wesołych Świąt, Przyjacielu. Modlę się za Ciebie.

Maciek"

                                                                                                           

środa, 22 grudnia 2004

Wszystkim tym, którzy żegnają się w Święta z siecią, wyruszają w podróże rozliczne - bliższe i dalsze;  Wszystkim, którzy do Świąt już tu nie zajrzą - życzę jasności, bliskości, spokoju, dystansu do spraw nieważnych, skupienia na ważnych, sensu, dobrych znaków, przyjaznych ludzi.... :-))))

wtorek, 21 grudnia 2004

Jak miecz Damoklesa widmo Świąt nad głową, a ja... w polu - jak dziecko u Chełmońskiego. We mgle.

Tfu, w robocie. Robota nie zając, a Świąt się odsunąć nie da. Kolejna improwizacja, rzutem na taśmę, bo nie o to przecież chodzi, żeby się podeprzeć nosem w Wigilię. Od nastu lat odpowiadam sama przed sobą za ten temat – sprzątam, kupuję, organizuję, przemyśliwam. Może dlatego ciepło wspominam Święta spędzone gdzie indziej ?

Latając po sklepach w przedświątecznej gorączce prezentowej tęsknię za niemieckimi zapachami, których tu nie uświadczysz. Zapachem jarmarkowych słodyczy, goździków, wanilii, cynamonu, grzanego czerwonego wina, którego się u nas na ulicach nie podaje.

Bo święta to nie tylko dekoracje i światełka, to również magia zapachów. Tych pastowanych podłóg, drożdżowych ciast, makowców, skórek pomarańczy w lukrze...

Zapach przedświątecznej kuchni i pewnie - dziecięcej beztroski...

Czy można zmierzyć uczucia? Ogarnąć je? Nazwać?

Swoje pewnie łatwiej... Cudze zawsze pozostaną dla nas zagadką.

Bo słowa, co po słowach?

Czy szukając domniemanej „prawdy” można bezkarnie ranić czyjeś uczucia? I - co ważniejsze: własne urażone ambicje czy cudza kruchość?

Cel uświęca środki?

Prawda wyzwoli?

A co jest prawdą między ludźmi? Czy nie codzienność? Proste gesty? Czy podważając ich prawdziwość nie niszczymy czegoś znacznie ważniejszego?

Czy warto?

piątek, 17 grudnia 2004

bo GLOBISZ, to nie notka o Krzysztofie Globiszu i jego talencie, ale o tym, co można zrobić z językiem Szekspira w pracy... Zabawna, poniekąd. I straszna ( bom purystka... tak, tak Magdo.TU tak ). 

Ale porozumiewać się trzeba. Komunikować sobie... czego jestem gorącym zwolennikiem. Ale 1500 słów? Tylko?

Horror.

czwartek, 16 grudnia 2004

Katolik ze mnie kiepski, ale tak mi się  przedświatecznie zebrało.

Jasne, że cudnie by było, żebyśmy zawsze byli piękni, młodzi, bogaci i kochani. Przez wszystkich.

Żebyśmy się wszystkim podobali. Bezwarunkowo. Tu też. Bo nie po to się człowiek odsłania, żeby mu przywalać. Miłosierna jestem, trafiając nawet na bełkoty. Ja nie muszę wszystkich akceptować i odwrotnie. Nie każdy pogląd nam pasuje. I dobrze. Inni jesteśmy, ale to ciekawiej.

Z bliżej nieznanych powodów trafiamy w tą bloxową przestrzeń – z samotności, szczęścia, chęci znalezienia się we wspólnocie, z niechęci do ludzi... Każdy ma swój powód.

Ale - szanujmy się nawzajem. Czasem lepiej zmilczeć niż błyskać dowcipem, bezsensownie. Z drugiej strony jest człowiek.

Czasem głupszy od nas, czasem wrażliwszy, czasem po prostu inny. Nie wszyscy musimy być tacy sami.

Naprawdę.

środa, 15 grudnia 2004

Nic nie usprawiedliwia takiego spoufalenia, bo to kobieta nieznajoma. Choć dziwnie mi bliska.

Kobieta z innego pokolenia. Rzeczowa do bólu i kompetentna, z poglądami. Z charakterem i kręgosłupem.

Kobieta polityki, ale nie polityk. Kontrowersyjna, analityczna, choć jej życie dowodzi, że nie wykalkulowana.

Kobieta nauki, ale nie cyborg. Z ciekawym pozazawodowym życiorysem.

Kobieta kobieca.

Kobieta stąd, choć na pewno miała inny wybór.

Przypadkowo odkryłam, że poruszamy się w podobnych literacko-filmowych klimatach.  

Każdy ma takie swoje postacie, prawda?

poniedziałek, 13 grudnia 2004

Gdyby komuś było po drodze: dziś w Gdyni u Franciszkanów o 20.00 można posłuchać Jacka Kleyffa w repertuarze onegdaj podziemnym.

Widujemy się od czasu do czasu, ale miło mi będzie się z nimi zobaczyć :-) - szczególnie dziś

piątek, 10 grudnia 2004

Cohena poznałam dzięki Zuzannie, „całej w kwiatach i łachmanach z jakiejś akcji dobroczynnej”

W swe miejsce nad rzeką

Zabiera cię Zuzanna

Możesz słuchać plusku łodzi

Możesz zostać z nią do rana

Wiesz że trochę źle ma w głowie

Lecz dlatego chcesz być tutaj

Proponuje ci herbatę

Oraz chińskie pomarańcze

I gdy właśnie chcesz powiedzieć

Że nie możesz jej pokochać

Zmienia twoją długość fali

I pozwala mówić rzece

Że się zawsze w niej kochałeś

I już chcesz z nią powędrować

Powędrować chcesz na oślep

Wiesz że ona ci zaufa

Bowiem ciała jej dotknąłeś

Myślą swą

i dzięki trzem sympatycznym facetom, z którymi spędzaliśmy czas nie całkiem kameralnie. To wtedy trafił mnie „Famous blue raincoat”. Bo kto nie zna takich stanów duszy?:  jest czwarta nad ranem i grudzień się kończy...

Wychowana w domowym kulcie „Salonu Niezależnych” tylko do Jacka podchodziłam na kolanach, reszta? A co tam, artyści.

Po latach do każdego z nich obserwuję z sentymentem i uwagą. Drapieżna gitara Johna PJrtera brzmi inną muzyką, Kleyff spełnia się autorsko wspierany przez Orkiestrę Na Zdrowie.

Jednak sukces Cohena w Polsce to niewątpliwie osobista zasługa Zembatego, a właściwie jego tłumaczeń. Maciej kiedyś wyglądał tak i poza wszystkim był genialnym radiowym głosem Trójki, specjalizującym się w prowadzonych na żywo i w kontakcie ze słuchaczami wieczornych i nocnych audycjach. Kabareciarzem i makabrystą. Scenarzystą i skandalistą. Facetem, który znał wszystkich i którego wszyscy znali. Dziś jest raczej własną historią, choć nadal występuje, zapełniając sale zaskakująco różnopolkoleniową widownią, która przychodzi pobyć sobie w pewnym niepowtarzalnym i bardzo subiektywnym klimacie.

środa, 08 grudnia 2004

Nic tak nie boli jak ciosy w podbrzusze od swoich. Bo im mniej się spodziewasz, tym bardziej nie kontrolujesz sytuacji. Hak zza węgła. Szpiczaste oko lokalnej inkwizycji, patrząc z wszechwiedzącą wyższością, wypunktuje słabe miejsca. Nagle zaczynasz się czuć tak, jakbyś się składał wyłącznie z nich...

Są jednak pewne korzyści - świat z perspektywy gleby zyskuje nowe oblicze. Żabia perspektywa skłania do refleksji. O marności relacji jakie są... (a może ich nie ma?). O tym, że nie należy oczekiwać nic w zamian, że im bardziej się starasz, tym mniej dostajesz.

Taka wiedza to strony mocne J

wtorek, 07 grudnia 2004

co tu się dziwić, że tematy komunikacyjne tak mnie poruszają, wszak obarczonam nimi zawodowo...

A „komunikant” to również „przystępujący do komunii” ( albo np, albo cytuję: akt komunikacji: komunikant - przedstawiany za pomocą kodu mówionego bądź kodu pisanego kody werbalne- wypowiedzi mówione lub pisane kody niewerbalne (mimika, gesty, ton, głos, barwa wypowiedzi, postawa, wzrok, gestykulacja)znajomość zasad komunikacji jest więc podstawą do podejmowania przez człowieka określonych działań w czasie nadawania i odbierania komunikatu), a nie inżynier w drodze.

Sformułowanie „akt komunikacji” sugeruje jednak, że związany jest  z nim jakiś element nagości, rozebrania. A ono nastąpić może tylko w atmosferze sprzyjającej, może uświęconej zaufaniem?

Krucha ta komunikacja między ludźmi, krucha i chimeryczna. Albo i powierzchowna, chociaż ludzie wcale nie miałcy, a i czasu na pleplanie szkoda.

A jednak...

poniedziałek, 06 grudnia 2004
słuchając sobie Maroon5 pomyślałam, że moje życie będzie miało niezły soundtrack...

Nie odmówiłam sobie obejrzenia po raz wtóry filmu Brytyjczyka Mike’a Figgisa. Tytułowy Mr Jones grany przez Richarda Gere, zmagając  się z psychozą maniakalno-depresyjną, znajduje uczucie, które nie pozwoli mu poddać się przemożnej, euforycznej  chęci wzbicia się w powietrze (i w konkluzji upadku). Bo pan Jones strachu przed lataniem nie zna...

Że miłość uzdrawia? Banał. Jonesa oczywiście nie uzdrawia, ale pozwala mu znaleźć nadzieję, rozjaśnić ciemne kąty, przekonać się, że po nocy przychodzi dzień.

Bipolar disorder. Przypadłość artystów i innych wrażliwców. Ludzi nietuzinkowych, jeśli to komuś poprawi nastrój. Bardzo trudna, również dla otoczenia, szczególnie najbliższego. Co piszę do pewnego stopnia z własnych, odświeżonych oobserwacji.

piątek, 03 grudnia 2004

nienawidzę instrukcji obsługi i sięgam do nich z przymusem. Przy średnim poziomie wiedzy technicznej i jakimś tam doświadczeniu nie powinno się trafiać na mielizny, przynajmniej w podstawowych funkcjach. Bo co to za sprzęt codzienny, który nie da się obsługiwać intuicyjnie? Trzeba było jednak przewertować instrukcję, żeby znaleźć tajemne miejsce pozwalające podnieść maskę...

Z ludźmi niby jest podobnie, postępując intuicyjnie, kierując się prostymi kodami, na ogół bez specjalnych kłopotów załatwiamy sprawy pomiędzy. Słowa, gesty, komunikaty.

No, ale jeśli chciałoby się zajrzeć do wnętrza? Latami można bezskutecznie stukać w skorupę i nic. Intuicja ma też swoje poziomy wtajemniczenia. Przy wiedzy na poziomie zamka yale raczej się sejfu nie otworzy. Może ważne jest by się na sejf nie porywać? A może sejf jest pusty, może po pustych halach hula wiatr?

Do żadnego egzemplarza nie dodają instrukcji obsługi, dlatego tak trudno zajrzeć pod maskę.

czwartek, 02 grudnia 2004

Szaro, ponuro i piątkowo, a to nie piątek, co sobie właśnie ze smutkiem uzmysłowiłam. Żeby szaro-niebiesko jak u C&C, to by było zupełnie inaczej, melancholijnie i poetycko. Bo niebieskość jest niebiańska. Taki np. niebieski kot ma w sobie i chłód poranka i otulające kominkowe ciepło wieczoru; literackie korzenie i nic z behemotowatości; zero szarego przygnębienia.

A tak? Wampirycznie z lekka i obezwładniająco. Nadmorskie późnojesienne pogody to zdechłe niże, a nie żadna arystokratyczna londyńska mgła, w którą by się można opatulić.

Jasne, można przejść się plażą, stamtąd wszystko wygląda inaczej. Ale trudno być w dwóch miejscach jednocześnie J

środa, 01 grudnia 2004

- czy koniecznie trzeba się uczyć jeżdżenia samochodem na głównej ulicy miasta - bądź co bądź wojewódzkiego - w prime time’ie?

Bo to ani nie czas, ani nie pora. Stresująco dla obu stron.

Przed laty ojciec mojej przyjaciółki po zdanym egzaminie na prawo jazdy objeżdżał newralgiczne punkty miasta nocami, żeby sobie i innym oszczędzić...

             Pominę te obśmiane wielokrotnie casusy facetów w kapeluszach, bo nie jestem damską szowinistką. Coś w tym jednak jest, jakaś taka ułańska fantazja (boso, ale w ostrogach; słabo, ale w kapeluszu) i niczym nieuzasadniona buta, która nie pozwala się przyznać do słabości. W żadnej dziedzinie. No a jeśli się ma furę wypasioną, to się wie - właścicielem jest Caruso kierownicy...

Z drugiej strony z przykrością obserwuję w tych tematach nadskłonność pań do samobiczowania i robienia z siebie kompletnych ofiar, kiedy powodów ku temu żadnych już nie ma.

Więc strzegę się „facetów w kapeluszach” i na „baby” za kierownicą patrzę z rezerwą, choć to naprawdę nie płeć determinuje osielstwo.

wtorek, 30 listopada 2004

Jeden z dzisiejszych solenizantów, mój eks-sąsiad, muzyk, aranżer, z zawodu inżynier... Stale w rozjazdach.  Do naszego domu przynosił zawsze muzykę. W połach rozwianej kurtki, gdzieś między wierszami... Dźwięki gitar, klawiszy.

Znamy się jeszcze z przysłowiowej piaskownicy. Poprzez szkoły, harcerstwo, politechnikę, imprezy. Znamy się?

Zadzwoniłam z życzeniami, ze śmiechem odpowiedział: „jestem w przechowalni...” No to wszystkim innym Andrzejom z różnych PRZECHOWALNI J wszystkiego dobrego!

Wicker Park w Chicago, jest takie miejsce... Piękne i malownicze skądinąd. O proszę.

I niech nikogo nie zwiodą kinowe zwiastuny, z których można wnioskować że to np. thriller. Bzdura. To film o miłości. Miłości, która daje znaki, która nie pozwala przejść obok, nie pozwala zapomnieć...

Zobaczcie „Apartament”  ( kto tak przetłumaczył ten tytuł???). I ci którzy pamiętacie, i ci którzy próbujecie zapomnieć, i ci których jeszcze nie dotknęło...

Poza fabułą kusi świetna muzyka w tle oraz smakowity Josh Hartnett.

Tak wiele nowego dzieje się w świecie sztuki, że odkrywamy tylko fragmenty, natykamy się na pojedyncze perełki.

Dużo moich „odkryć” zawdzięczam innym, bo łatwiej komuś - istotnemu dla mnie choćby przez chwilę - zatrzymać na moment ten pęd życia, karuzelę obrazów, kakofonię dźwięków...

Muzyczne fascynacje innych też zaczynają żyć swoim życiem, zyskują swoje tło w moim życiu, swoją istotność.

A korzenie?  No cóż, sztuka jest często asemtymentalna...

W ramach ubiegłotygodniowego maratonu jazzowego poza niby-holenderskimi nasłuchałam się różnych innych dobroci. Locals zaprezentowali się w projekcie „Metalla Pretiosa” autorstwa Ola Walickiego - jazzmanom towarzyszy tu kwartet dęty (unikatowa okładka płyty!); Mikołaj Trzaska zagrał „Unforgiven North” tak pięknie dzięki Nielsenowi i Uuskyli, a my sobie będziemy słuchali tego również w domu J; perkusista Jacek Kochan zabrzmiał w „Acoustic Jazz in Electronic Environment” (w takim environment wolę Molvaera).

Nie tylko na panach oszałamiające wrażenie zrobiła uznawana za największe objawienie na międzynarodowej scenie bluesowej serbska wokalistka i wirtuoz gitary - Ana Popovic i aż szkoda było siedzieć przy tej muzyce... Za to na stojaka przyszło nam odsłuchać drugiej gwiazdy Jazz Jantar – szwedzkiej grupy „EST- Esbjorn Svensson Trio” - uznawanej w Europie i za oceanem za najbardziej nowatorski zespół jazzowy. A to Svenssonowe piano brzmi jeszcze...I dzięki cd „Seven days of falling” będzie brzmiało, choć jazz EST’a nowatorski dla mnie nie jest, za to cudny bJrdzo.

ps. gdyby się Komuś chciało parę słów o wczorajszym ONZ-cie- mailnąć np?

piątek, 26 listopada 2004

„Galerię potworów” trzymam sobie na deser... wbrew zasadzie, że tu i teraz... i żeby nie odkładać.

Ale znam te teksty, już je drukowano – po latach nabierają innego znaczenia. Jak wszystko. Czytając o gościach w kontekście własnych doświadczeń z nimi, obśmiałam się jak norka... Bo taki np. WELON, rezydując u mnie prawie pół roku, nie zaprzestawał konwersować ze mną w konwencji „krok w krok”...

Albo POLITYK skrzyżowany z WELONEM... w wersji hardcore – na samo przypomnienie się boję.

Z autopsji znam jeszcze gościa DORADCĘ. On wie lepiej. Zeskakuje rzeczywistość. Oceni. Wyrazi opinię. Głosem nieznoszącym sprzeciwu. Żadnych „ale”. Powie, gdzie kupić tanio. Bo „tylko tam” się kupuje... Zdziwi się niegospodarnością: „no wiesz, kupiłaś za 15 zł mrożonkę gyros, jeden obiad na 3 osoby?- ja za to przez tydzień karmię rodzinę...” I już stoję w kącie z poczuciem winy, choć nie lubię chicken risotta made by herself...

 Strzeż mnie PB od bycia dla kogoś koszmarem J

W poniedziałek o 20-tej w Stodole „2 w 1” : nowa płyta Kleyffa &Co + 18-lecie ONZ. Kto lubi, to wie.

Chciałabym być ze względów J pozamerytorycznych, ale choć akurat będę w W-wie, nie zostanę do wieczora...

Tamziemcy mogą.